Blog

Blog

Na całej połaci bieg. Warto było jechać z Krakowa.

Na całej połaci bieg.
Skuszony agresywną promocją i relacjami znajomych, postanowiłem pobiec w Orlen Warsaw Marathon.
W tym roku nie koliduje z innymi biegami na które się wybieram. A szczególnie Cracovia Marathon to całe trzy tygodnie póżniej.
Była to więc dobra okazja na dobry sprawdzian i próba ataku na złamanie czterech godzin.
orlen-5-panorama
Zanim jednak bieg się zaczął, miałem serię pechowych zdarzeń. Pociąg c z godziny 19:05 wyjechał 30 minut później.
Już w stolicy nie dobiegłem na najbliższy pociąg metra i czekałem prawie 10 minut. Na nocleg dotarłem tuż przed północą, 40 minut póżniej niż zakładałem.
Źle się czułem z tym, że ktoś musiał mi otwierać drzwi o takiej porze. Następnego dnia odebrałem swój pakiet startowy. Spróbowałem też jak to jest w środku Kriokomory. Zimno. Bardzo zimno. Z numerem startowym mogłem zwiedzić za bezcen kilka Muzeów. Udałem się do Muzeum Narodowego, ale kasę zamknęli mi tuż przed nosem. Jedna miła Pani wpuściła mnie na wystawę sztuki Nubijskiej. Polecam to miejsce każdego i na pewno odwiedzę następnym razem.
W dniu biegu obudziłem się o 6:00. Było morko i zimno. Na szczęście godzinę później już nie padało. około 7:00 opuściłem nocleg i udałem się w okolice Stadionu Narodowego.
Organizacja biegu stała na najwyższym poziomie. Uczestnicy maratonu jak i biegu na 10km mieli kilka wielkich namiotów do dyspozycji. Poza tym kilka innych na depozyty oraz… śniadanie! Nie poczęstowałem się owocami ale kawę, herbatę i czekoladę chętnie piłem. O godzinie 8:00 było jakieś 7 stopni i każdy gorący napój działał jak mały grzejnik. Ostatnie kęsy batona i łyk wody. Ubrany ciepło, czekałem do 8:15 aby zdać depozyt. Schowałem się w namiocie przed chłodem i wiatrem. I tutaj znów nie wyszło zbyt dobrze, bo naszykowałem sobie płaszcz przeciwdeszczowy ale został na łóżku. Przydałby się idealnie. Dalej było zimno a ja miałem tylko koszulkę biegową i wełniany t-shirt.
Wychodząc z namiotu w stronę startu, spotkałem znajomego. Marcin  to ostatnio etatowy Pacemaker w Krakowie, Warszawie, Kielcach i sam nie wiem gdzie jeszcze. Ponad 30 maratonów już w nogach. Była już 8:40 kiedy udałem się na start, ustawiłem radio, zawiązałem sznurowadła. No i oczywiście toi-toi. Kiedy dobiegłem do startów, padł strzał do startu. Kolejna przyjemność – pomyślałem. Aby znaleźć się w swojej strefie, musiałem wystartować razem z 10km i potem skazać przez bramki. Jak na mój gust, przydałby się pomost nad startem jak to ma miejsce w Krakowie.
orlen-4
Minąłem linię startu, zdjąłem ten t-shirt z wierzchu. miałem go przy pasku w charakterze ręcznika. Koło 20 km stał się mokry. Ale póki co biegłem jakieś 200 metrów za balonikiem (właściwie flagą) 4:00:00. Nastawiłem się na długą pogoń za nim i ostatecznie dogoniłem koło 4km. Po drodze zamieniłem kilka słów z niewidomym biegaczem i jego przewodnikiem. Zawsze w takich momentach pozbywam się wszelkiej chęci do lansu i pychy. Bo dzięki boku mam dwie ręce i nogi oraz wzrok, słuch itp. A są ludzie, który walczą z niesprawnymi kończynami i są znacznie szybsi ode mnie. Przebiegliśmy koło Pałacu Prezydenckiego, słynnej palmy, Rady Ministrów, Siedziby Premiera… Po drodze wiele Ambasad, Konsulatów, MSW… i tak cały czas.
Na 15 km dołączył do mnie mój Anioł Stróż – Krzysiek. Szukał okazji na długie wybieganie i towarzyszył mi przez najważniejsze momenty trasy. Bardzo mi pomagał na punktach z wodą i bananami. Sama rozmowa pozwoliła oderwać myśli od mijających kilometrów. I tak minął 21 km. Czas wciąż dobry, tempo stabilne, forma dobra. Poszedł pierwszy żel. Zrobiło się trochę cieplej, chociaż wciąż sporadycznie wiał silny wiatr. A my biegliśmy, rozmawialiśmy. Akurat okolica była mało ciekawa do zwiedzania. Dopiero koło 30 km robiło się ciekawiej. Wziąłem 4 tabletki Nospa. Jednak to nie skurcze ani żołądek zaczęły mi dokuczać. Prawe kolano dawało o sobie znać. Żałowałem, że nie mam niczego od bólu. wbiegliśmy już w ciekawe rejony miasta. W oddali, za lekką mgiełką, widniały wieżowce ze Śródmieścia.
orlen-3
35 km Krzysiek skończył swoją opiekę nade mną. Wcześniej nie zdawałem sobie do końca sprawy jak czyjaś sympatyczna obecność działa mobilizująco. W każdym razie raz jeszcze dzięki Krzysiu! A kolano coraz bardziej bolało. Grupa „4h” minęła mnie. Morale nieco spadło tak jak i moje tempo. Ale dalej biegłem. Inaczej niż w moich wcześniejszych biegach, nie robiłem przerw na marsz. Ciągle biegłem. Wolniej ale do przodu. 37 km. Minęliśmy okolice Łazienek. Za chwilę Stadion im. Piłsudskiego, czyli Legii. Po prawej widok na Wisłę. Miałem ze sobą jeszcze bidon z mieszanką wody i energetyka. kolo 35 km wchłonąłem trzeci żel. I tak sobie biegłem już na most Świętokrzyski. Widok świetny, sil coraz mniej. Ale biegnę dalej. Bo na moście jest bramka 40 km z czasem brutto. jakieś 3:55. Czyli miałem jeszcze szanse na złamanie 4 h. W zasadzie to nie miałem z bolącym kolanem i małym zapasem sił. Ale biegłem dalej.
Pojawiły się grupy kibiców. Już okolice Stadionu. 41 km. I jeszcze mały podbieg. potem jeszcze kawałem i zakręt. ostatnie 500 metrów to bardzo szeroka aleja. A na końcu meta. Spiker powiedział, że właśnie przekroczyliśmy 4 godziny. To mi dało jeszcze nadzieję, że jest szansa. Gdzie meta? Gdzie ten koniec? Ile jeszcze? Dłużyło się to niemiłosiernie. Ale już widać wielką konstrukcję mety. Jeszcze 100 metrów. Jestem zmęczony ale biegnę dalej swoim tempem. I widzę czas brutto. 4:09 właśnie padło. No trudno. Jest życiówka! Dałem z siebie ile mogłem dzisiaj.
orlen-1
Od razu po mecie poszedłem do punktu medycznego aby zajęli się kolanem. Ratownik czy też lekarz psiknął sprayem tak od serca, że nie czułem bólu kolana. Czułem ból od poparzeń. Ale mniejsza z tym. Wypadki chodzą po ludziach. Czasem parami, czasem grupami. Ale ważne jest to, że za chwilę medal na mojej szyi zawiesił sam  Mistrz! Nie było takiego wzruszenia jak po pierwszym moim maratonie. chociaż jedna szybka fala ogarnęła mnie kawałek przed metą. Za to miałem wielką, stoicką satysfakcję z ukończenia w dobrym czasie i dobrej formie. I tu znów bardzo dobra organizacja na mecie. Pyszne posiłki, znów kawa i herbata. Warto było jechać z Krakowa na ten bieg. Polecam!
orlen-2

Drugie życie

W ostatnią niedzielę sierpnia miałem zaszczyt reprezentować DKB na festiwalu biegów w Białce Tatrzańskiej. Trzy dniowa impreza obfitowała w rodzajach i dystansach tras które gospodarze przygotowali na wysokim poziomie. Osobiście wybrałem najdłuższy dystans czyli „Rąbanice na pół setki” 52 km. Pogoda przez cały weekend była wymarzona ale raczej na plażowanie nad wodą niż długodystansowe bieganie. W niedzielę rano po odebraniu pakietu startowego stanąłem na starcie tuż przy dolnej stacji narciarskiej Kotelnica Białczańska. Wystartowaliśmy równo o 7:30 w nielicznej grupie gdyż frekwencja na najdłuższy dystans była niewielka. Zaraz po starcie mieliśmy do pokonania konkretne wzniesienie gdyż trasa wiodła stokiem pod górną stacje narciarską. Trzeba było biec na hamulcu gdyż można byłoby spalić się już na pierwszym kilometrze.
goniacka3
Po wybiegnięciu na szczyt tatry przywitały nas w pełnej okazałości. Cudowny widok. Zaraz za szczytem uplasowałem się na drugiej pozycji i sukcesywnie powiększałem dystans nad trzecim zawodnikiem. Lider zniknął z mojego zasięgu już w trakcie pierwszego podbiegu więc w głowie miałem tylko jedno by utrzymać swoje drugie miejsce. Nawet przez moment nie pomyślałem by zacząć pościg gdyż temperatura coraz bardziej dawała się we znaki. Postanowiłem utrzymać swoje równe tempo, cały czas nawadniając się na punktach z wodą. Policjant zabezpieczający skrzyżowanie na 40 kilometrze poinformował mnie że moja strata do numeru jeden to 6 minut. Pomyślałem nie ma możliwości gdyż to kilometr przewagi i dalej robiłem swoje. Jednak spokój i cierpliwość jaką udało mi się zachować okazały się doskonałą taktyką na 48 km na horyzoncie pojawiła mi się koszulka lidera.
goniacka1
Miałem do niego może 300 metrów. Dostałem wtedy drugie życie. Wszystkie mięśnie które na tym kilometrze bolały jak cholera nagle przestały i mogłem bez problemu wydłużyć krok i biec jeszcze szybciej. Byłem przekonany że uda mi się zniwelować dystans do poprzedzającego zawodnika. Tuż przed ostatnim zbiegiem czyli z powrotem na górnej stacji kolejki udało mi się dogonić mojego rywala . Pozostało tylko 1200 metrów w dół do mety. Wykorzystując wszystkie resztki sił jakie mi jeszcze zostały pognałem na łeb na szyje zostawiając rywala za sobą . Wbiegłem na metę mega szczęśliwy. Zmęczenie, ból mięśni, skurcze, spalona skóra od słońca nic z tych rzeczy nie było w stanie popsuć mi fantastycznego humoru. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Dumny odebrałem piękny puchar za zajęcie pierwszego miejsca. Długo będę wspominał tą imprezę.
Było fantastycznie.
goniacka
Pozdrawiam Szymon Dymek

XIII Krakowski Półmaraton Marzanny – czyli o tym jak jedni biegli, a drudzy gonili.

Doping dozwolony!

Przyznam się, nie biegłam. Dlaczego? To proste, jestem za wolna, a po godzinie biegu zaczyna mi się nudzić. Wynika z tego że po 11 kilometrach dopadłby mnie kryzys, a przede mną byłoby kolejne 10km + 97,5m. W dodatku każdy wie że trening to nie wszystko, adrenalina na zawodach to nie wszystko, żele dające kopa energii to nie wszystko. Do pełni sukcesu potrzebny jest porządny doping od przyjaciół, znajomych i rodziny!
To był mój cel na tym biegu! Być motywacją dla tych wariatów, pozytywnych oczywiście, którzy odważyli się przebiec 21,097 km dla powitania wiosny. Oczywiście w support teamie nie byłam osamotniona, była nas spora gromada.10264891_601731936641754_8406002858533472126_n

Dogonić Naszych

Wreszcie wystartowali. Zastanawiam się kto bardziej to przeżywał, my czy oni :D. Poszli jak burza! Każdy „gonił” swój cel, a my goniliśmy ich. Niestety w zestawie ekipy wsparcia mieliśmy jedynie flagi, radosne okrzyki, oklaski i aparaty, zabrakło umiejętności teleportacji. Cały problem polega na tym, że prawie wszyscy oglądaliśmy jak nasi klubowi znajomi startują, a powiedzmy sobie szczerze, po co komu doping 8 osób na starcie skoro nawet nie zdążyli się zmęczyć :D. Doping to się przyda, ale na 15 km kiedy już opadną z sił, złapią doła i nie daj Boże wpadnie im do głowy pomysł żeby to wszystko rzucić i wrócić do domu. To wymusiło na nas szybkie sprawdzenie trasy i ustalenie miejsc dla checkpoint DKB, do których wybrała się część z nas.

12814171_601731943308420_576368667408196820_n

Checkpoint I – przeciwległa strona błoń w stosunku do miejsca startu. Bieg przez kretówki nie należy do najciekawszych, ale w ostatniej chwili udało nam się dobiec na miejsce i złapać Szymona, który biegł jako pierwszy spośród DeKaBowców

Checkpoint II – 15 kilometr koło Wawelu, zdążyliśmy na czołówkę całego biegu!

Checkpoint III – w tym przypadku mała ściema, bo wystarczyło, że obróciliśmy się na pięcie i mieliśmy widok tym razem na Wisłę i biegaczy pokonujących kolejne kilometry.

Checkpoint IV – meta, no i skończyła się sielanka. Aby dotrzeć na metę przed naszą pomarańczową bracią musieliśmy pokonać w biegu trasę Wawel – Błonia. Wydaje się proste, no nie? Może i byłoby proste gdyby nie różnica czasu pomiędzy naszym pierwszym biegaczem, a ostatnim.

1379678_601731846641763_142328913578974730_n 11148326_601732109975070_6025751659871881004_n

Szybcy i uśmiechnięci

No i zaczął się nasz mały wyścig – cel: dotrzeć na metę przed nimi. Tutaj ślę pokłony dla wszystkich biegnących w tym półmaratonie!!! Przecież ta ostatnia prosta była jakimś koszmarem, niby zbliżam się do mety, a jakbym się od niej oddalała. Wstyd się przyznać, ale ja pełna energii, w nogach przebyte 1/3 z tego co uczestnicy biegu, a wyprzedzała mnie sporawa cześć finiszujących. Uznajmy, że to wina nieodpowiedniego obuwia i obciążenia sprzętem fotoreportera :P. Ostatecznie przegraliśmy z Szymonem, którego finiszu nie udało nam się zobaczyć, na szczęście czekała tam druga część suport teamu, która dawała mocny doping dla każdego na końcówce biegu.

Na metę dotarli wszyscy.

Zero poszkodowanych.

100% zadowolonych i szczęśliwych.

Pogoda? Była. Podobno pogoda jest zawsze. Tylko nie zawsze dobra.

Karolina Korbas

1622107_601732013308413_6802107615562500624_n

Zwycięska Smerfowa gromada!

Mówią, że „nic dwa razy się nie zdarza”…a jednak! Dobczycki Klub Biegacza po raz kolejny zwyciężył w Biegu Sylwestrowym w Krakowie w kategorii najlepiej przebrany zespół, a dodatkowo w biegu, w którym startowało 2 tysiące biegaczy wystawił trzecią najliczniejszą reprezentację, za co również został wyróżniony! Krakowski rynek znów usłyszał chóralne śpiewy: „Tak się bawi, tak się bawi DKB!”. Pomarańczowe, a właściwe niebieskie barwy zdominowały najważniejsze miejsce w Krakowie za przyczyną dobczyckiej grupy biegowej!

Read More

Spotkanie wigilijne Dobczyckiego Klubu Biegacza

W ostatnią sobotę członkowie DKB zgromadzili się na spotkaniu wigilijnym, aby w uroczystym, świątecznym nastroju, przy dźwiękach kolęd płynących gdzieś z głośników, przy barszczyku z grzybami, pierogach z kapustą, uśmiechach goszczących na twarzach złożyć sobie wzajemnie życzenia świąteczne i spokojnie, nie w biegu, porozmawiać o planach biegowych na kolejny rok.

Read More

Przygotowanie zimowe do sezonu

Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich to cykl biegów odbywających się co miesiąc w Lasku Wolskim, począwszy od listopada a kończąc na marcu. Biegacze mają do wyboru trasę o długości 6 km i 11,6 km. To inny rodzaj biegów niż asfaltowe. Wąskie ścieżki, strome zbiegi i podbiegi wymagają od uczestnika ciągłego skupienia.

1

Na początku tempo biegu jest mocno rwane przez gąszcz biegaczy, przez których trzeba się przedzierać. Gdzieś koło 2,5 km w pobliżu Kopca Kościuszki stawka zwykle się rozciąga. Tam też czeka na nas pierwszy, dłuższy zbieg. Trzeba puścić się na złamanie karku jeżeli chce się osiągnąć w miarę dobre miejsce.

234

 

Osobom bez doświadczenia w biegach górskich radzę zacząć bieg bardzo spokojnie. Zbyt mocny początek może sprawić, że kolejne kilometry będą dla nas piekielnie trudne. strome podbiegi wyciskają resztki mocy z nóg i wybijają z tempa biegu. Na prostej nie ma już z czego wycisnąć moc biegową.

578

Ważne też aby buty miały jako taki bieżnik bo na trasie jest sporo rozbieganego błota i nie raz można wylądować na pupie ;). W ten weekend 6 grudnia w tychże zawodach wzięliśmy udział w składzie Justyna Mistarz, Sylwester Półtorak, Piotr Korbas. Justyna zgodnie z założeniem potraktowała się ulgowo ze względu na to, że dopiero rozpoczyna sezon treningowy. Ja również zgodnie z planem poprawiłem swój rezultat z przed miesiąca prawie o 4 minuty (czas netto). To był jednak dzień Sylwestra. Mimo roztrenowania posezonowego (a może właśnie dlatego) miał moc w nogach i lekkość biegu. Zajął 5 miejsce w kategorii open i 1 w swojej.

9

Czasy netto: Sylwester Półtorak 0:51:54, Piotr Korbas 1:03:59, Justyna Mistarz 1:14:34

Piotr Korbas

Połówka pomarańczy

Ktoś powiedział, że pół pomarańczy smakuje tak samo dobrze jak cała. Myślę, że to powiedzenie odnosi się idealnie do II Cracovia Półmaraton, który odbył się 24.10.2015r. Brałem udział w kilku maratonach oraz półmaratonach i wg mnie w tym przypadku naprawdę nie było widać różnicy, bo pod względem oprawy, atrakcyjności trasy, organizacji i frekwencji czułem się jak w stolicy na Stadionie Narodowym. 

Read More

Maraton – metafora życia

O maratonie, który miał być w deszczu…O największej zagranicznej ekspedycji biegowej DKB. O kalamburach i o Hajrá, Hajrá”…o tym, że DKB może być wspólnotą.

Read More

Foszek

27 września w Skawinie odbywały się zawody pod nazwą „Pokonaj Focha III”. Były 4 dyscypliny do wyboru: rolki 10km, rower 10km, bied 5 km i bieg 10km. Do tego jeszcze była dyscyplina łącząca rolki, rower i bieg na 5km czyli „Fochatlon”. Ja postanowiłem wystartować w wyścigu rowerowym na 10km i biegu na 5km.

Read More

Deszcze niespokojne

Wieliczki nikomu w kraju przestawiać nie trzeba. Dzięki zabytkowej kopalni soli jest też dobrze rozpoznawalna za granicami. Właśnie odbył się tu drugi 4F Półmaraton Wielicki. Sam pomysł takiego dystansu jest ciekawy. Trasa przebiegała przez centrum miasta oraz ruchliwą drogę powiatową do Niepołomic. Jednak obyło się bez większych niedociągnięć. Organizatorzy mogli przecież zrobić trasę na 10 km i przekonywać, że więcej się nie da. Ale postąpili ambitnie, nawet w obliczu wiecznych remontów dróg.
Read More